Szefie! Czy byłeś kiedyś prostym spekulantem?

Jerzy Ciszewski - 28.10.2016
29

Szefie! Czy byłeś kiedyś prostym spekulantem? Księga skarg i wniosków, cz. 8

Prowadzenie własnej firmy to ogromna odpowiedzialność wobec: siebie, swojej rodziny, współpracowników, którym wypłaca się pensje, wobec ryku. Jest dokładnie tak samo jeśli – na własny rachunek – prowadzimy jakiś usługowy biznes: agencję reklamową, komunikacyjną, public relations. Nie ma żadnej różnicy. Po pierwsze  – odpowiedzialność w każdym możliwym aspekcie! 

Jeśli firma nie jest własnością aktualnego CEO, jego optyka najczęściej jest zupełnie inna – to inna historia…

Prawda jest taka, że nie wszyscy nadają się do prowadzenia takiego życia – nazwałbym je „specyficznym”. Często więc mówię tej czy innej osobie, gdy mnie pyta – daruj sobie ten pomysł. To nie dla ciebie. Sparzysz się, zrobisz krzywdę sobie i swoim najbliższym. Na ogół nie słuchają…

Dlaczego ludzie zakładają swoje własne agencje? 

Ja uczyniłem to dlatego, że któregoś dnia (było to przełom lat 80-tych i 90-tych) doznałem iluminacji. Zdałem sobie sprawę, że doskonale rozumiem potrzeby mediów i równie dobrze rozumiem potrzeby firm czy też organizacji. Stało się to wtedy, gdy mój kolega prowadzący jedną z pierwszych, a może pierwszą szkołę windsurfingową w Polsce, zaczął mi się skarżyć. Powiedział mniej więcej coś takiego: „Prowadzę szkołę windsurfingową dla dzieciaków. Uczę ich przebywania z przyrodą, na wodzie i z wiatrem. Uczę ich pokonywania własnych słabości i jednocześnie odkrywania swoich silnych stron. Próbowałem zainteresować jakąś gazetę, by napisali o tej w sumie fajnej i pożytecznej działalności. Nic – psa z kulawą nogą to nie interesuje” – mówił kumpel. 

„Błysnęło” mi w głowie, że przecież jest to proste, bo trzeba zrobić to i tamto. Ja wiem, jak połączyć te dwa światy, aby potrafiły ze sobą porozmawiać, i co najważniejsze, wzajemnie się zrozumieć. Od tego momentu marzyłem o mojej firmie. Zajęło mi to kilka dobrych lat.

Założyłem firmę public relations. Było to w czasach, gdy nie było telefonów komórkowych (ze stacjonarnymi był koszmarny problem, aby je mieć), nie było poczty internetowej; o Googlach, Fejsie nie wspominając… Były to lata, gdy Mark Elliot Zuckerberg chodził do przedszkola (ur. 14 maja 1984 roku w White Plains). Nie było również  książek o marketingu, o public relations nie wspominając. Nie było jakichkolwiek wzorców. My zaś, nie do końca zdawaliśmy sobie wtedy sprawę, że public relations w istocie jest wielkim biznesem. 

Gdy zdałem sobie sprawę, że mogę pośredniczyć w procesie dialogu pomiędzy hipotetyczną szkołą windsurfingową, a mediami, wiedziałem, że będę w przyszłości wykonywał tę profesję. Wręcz wymarzony dla mnie zawód. Od dziecka uwielbiałem dziennikarstwo – chyba z racji konotacji rodzinnych (mój stary był dziennikarzem sportowym) i osobistych zainteresowań – byłem dziennikarzem sportowym. Zresztą w latach 80-tych na dobrą sprawę było to jedyne miejsce w tamtejszych mediach, gdzie nie za bardzo trzeba było dawać dupy komunie. Młodzież nie ma zielonego pojęcia, o czym piszę. Uwierzcie jednak – w Polsce wtedy było: ciemno, szaro, smutno. Jak ktoś miał szanse pojechać do NRD to był królem… na inną historię. 

W każdym razie moje losy potoczyły się tak, że w na początku lat dziewięćdziesiątych założyłem agencję „Ciszewski Public Relations”. 

Mimo że na swojej drodze miałem najróżniejsze momenty – nie żałuję ani sekundy. Nawet tych, kiedy przez niemal trzy lata nie wypłacałem sobie złotówki pensji, bo firma i je lecieliśmy na oparach. Literalnie kasy nie miałem na nic – na paliwo, fajki, alkohol i kino. Raz do totalnego bankructwa zabrakło mi tygodnia. Oczywiście, mógłby opowiadać, że przyczyną tego stanu rzeczy był kryzys ekonomiczny, jaki miał miejsce w Polsce w okolicach roku dwutysięcznego. Owszem, taki był, ale jak dziś na to patrzę, moją winą było to, że doprowadziłem firmę do stanu przedzawałowego. Wtedy miałem na pokładzie coś ponad 50 osób. Do bankructwa zabrakło mi circa koło jednego tygodnia. Dziś cieszę się z tych wszystkich dni, jakie zaliczyłem – tych dobrych i tych złych. Widocznie los lepiej wiedział ode mnie, prowadząc mnie tylko w sobie (wtedy) znanym kierunku. 

Wracając… Moje motywy dotyczące założenia firmy były najczystsze z możliwych. Mix dziennikarstwa, marketingu, chęci tworzenia swojego nowego świata, optymizm, nadzieja, ambicja.

Miałem już doświadczenia jako handlowiec i producent różnorakich towarów. Byłem właścicielem szczęki pod Pałacem Kultury… takie to były czasy. Namawiał nas do tego prof. Balcerowicz. Przy okazji – wielkie dzięki Profesorze!  

Jakie motywy mieli czy mają inni właściciele firm usługowych – skupmy się na agencjach public relations? 

Często są to byli dziennikarze – ja jestem byłym dziennikarzem, choć teraz stałem się nim z powrotem (ot, przewrotność losu), którzy zmęczeni zawodem lub „wypluci przez system” w naturalny sposób chcą przeskoczyć barykadę i odnaleźć spokój. Wydaje im się, że skoro pisali do gazety, mogą teraz pisać w imieniu klientów. Czasami mają rację, a często jej nie mają. 

Osobnicy wywodzą się z różnych agencji public relations. Nauczyli się fachu i uznali, że czas iść na swoje. Myślą sobie – skoro moja prezeska lub mój prezes mógł… to i ja mogę. Bywa, że przy okazji zakoszą klienta swojemu byłemu pracodawcy… sam tak miałem parę razy.

Czasami są to byli pracownicy korporacji, którzy nie mogąc z powrotem załapać się do pracy, traktują otworzenie własnej działalności jako życiowe „last chance”. Do tego katalogu możemy dodać różnorakie ambitne i zdolne dzieciaki, które od samego początku chcą robić własny biznes. Ponieważ na ogół znają się na internetach, sądzą, że to jest wystarczająca przepustka.

Lata temu zawód ten wydawał się kolorowy i atrakcyjny. Cieszył się nawet czymś, co moglibyśmy nazwać szacunkiem społecznym – przyciągał więc magnetycznie. Dziś już tak nie jest. Pod koniec dnia nie można zapominać lub należy stawiać na pierwszym miejscu fakt, że agencja… jak każda inna firma jest po prostu biznesem, który ma generować zysk dla akcjonariuszy.

Jak przyjmowałem ludzi do pracy, zawsze starałem się zadać pytanie: czy kiedykolwiek za swoje lub pożyczone pieniądze kupiła Pani/Pan coś, co w zamyśle miało zostać sprzedane (asap) z zyskiem? Innymi słowy – czy miało miejsce ryzyko biznesowe w Pani/Pana życiu. 95% odpowiedzi brzmiało – nie. 

Takim osobom zawsze odpowiadałem – nie rób tego; daruj sobie ten pomysł. Nie masz w sobie genu przedsiębiorcy, który jest warunkiem przetrwania Twojego pomysłu biznesowego.

Przeczytaj pozostałe teksty na temat prowadzenia biznesu:

Szefie! Jak często czujesz zimny pot na kręgosłupie?

Szefie! Czy zgubiłeś kiedyś paletę?

Stary bosman szykował się, by ją opluć…

Klient więcej do nas nie zadzwonił. Szefie! O Twoich pracownikach

Control a, control c, control v – Szefie ! … a może to o Twojej współpracownicy?

Szefie! O Twoich współpracownikach kilka słów prawdy

Szefie! Ty też możesz mieć takiego pecha…

Comments

comments

29
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...