Stary bosman szykował się, by ją opluć…

Jerzy Ciszewski - 19.10.2016
254

Stary bosman szykował się, by ją opluć… Książka skarg i wniosków, cz.4

Pracowaliśmy w połowie i pod koniec lat dziewięćdziesiątych dla dużego, zagranicznego banku. Instytucja ta była (zresztą jest do dziś) wielką maszynerią finansowo marketingową (nasze ówczesne działania nazywano micro marketingiem). Moja była agencja „Ciszewski Public Relations” wprowadzała usługi finansowe tego banku w całym kraju. W pewnym momencie „przyszedł czas” na kartę kredytową, polskie wybrzeże, a konkretnie Trójmiasto.

Kulminacyjnym momentem miała być konferencja prasowa, podczas której prezentowane były wszystkie zalety produktu; będąca również znakomitą okazją do zaproszenia miejscowych władz politycznych i administracyjnych. Zastanawiając się zatem, jakie miejsce jest reprezentatywne dla tego rejonu i nadające się do wynajęcia…. padło na żaglowiec „Dar Pomorza”. W sumie, trudno o bardziej symboliczne miejsce, które w tak piękny i twórczy sposób łączy wartości, symbole oraz historię.

Wtedy na rzecz tego klienta uprawialiśmy marketing hurtowo szybkościowy. Oznaczało to, że co kilka dni organizowaliśmy „coś/gdzieś” dla tego klienta. W istocie byliśmy fabryką, która hurtowo wysyła w świat kolejne komunikaty: oferty, zapewnienia, potwierdzenia.

Ustalił się system, że klient pozwalał nam na odpowiadanie na pytania od mediów i interesariuszy bez informowania go, że takie pytanie do nas wpłynęło.

Doszliśmy do takiego porozumienia, zaufania między sobą, że oni wiedzieli, że my wiemy i dobrze odpowiemy. Jeśli czegoś nie wiedzieliśmy (mowa o produktach i usługach klienta), pytaliśmy konkretnego menedżera z tego banku, który miał potrzebną wiedzę. Można więc było mówić o wymarzonym stanie pomiędzy klientem i agencją; o totalnym zaufaniu i zaangażowaniu wszystkich stron. Jak dobrze wiadomo, w tym świecie taki układ występuje niezwykle rzadko.

Zatem moje współpracownice udały się na Wybrzeże dokonywać stosownych rezerwacji: wynajmować nagłośnienie, catering, hostessy i wszystko, co było potrzebne…

Wszystko było dobrze, gdy nagle dostałem wiadomość, że na kilka dni przed uroczystością „Dar Pomorza” stwierdził, że nie będzie na jego pokładzie uroczystości banku. Właśnie przestali sobie tego życzyć; wcześniej oczywiście, podpisali stosowną umowę, wzięli zaliczkę etc.

Co się stało ?

Otóż jedna z moich pracownic – nazwijmy ją „młodszym pracownikiem naukowym” – owszem, już z jakimś doświadczeniem zawodowym, ale z bardzo ograniczonym życiowym (to bardzo częste w naszej branży) udała się do Trójmiasta, aby sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe; …takie normalne czynności przy okazji przygotowywania wydarzenia specjalnego – zwanego popularnie w Polsce – eventem.

Udała się również na pokład dumnego „Daru Pomorza”, żaglowca, który jak powszechnie wiadomo odegrał wielką, pozytywną rolę w historii naszego kraju. Na pokładzie i w sali, gdzie miała się odbyć uroczystość zastała nieporządek. Jak to na statku czy też żaglowcu – zawsze coś się: remontuje, maluje, skrobie, uzupełnia, poprawia, udoskonala. To taka morska materia i obowiązki, nawet jeśli jednostka stoi na emeryturze przy brzegu. Moja (była) pracownica ujrzała na pokładzie jednego z marynarzy, który okazał się być bosmanem. Bosmanem na „Darze Pomorza”. Co zrobiła? Wyjechała do niego z ryjem, że już za „chwilę” „Wielki Bank” organizuje tu wielkie wydarzenie, a na pokładzie taki wielki bałagan!!! Co to znaczy? I tak dalej…

Starego bosmana, co niejeden sztorm przeżył i nie takie cuda widział, zatkało. Bo takiej bezczelności i głupoty wobec swojej osoby jeszcze nie zaliczył. Zatem podniósł swój stary bosmański tyłek z krzesełka, wyjął fajkę z ust, wyprostował się, wskazał prawą ręką na ląd i powiedział: wypierdalać mi stąd; nie będzie tu żadnej, kurwa imprezy! Lalunia szybko musiała opuścić pokład „Daru Pomorza”. Stary bosman szykował się, by ją opluć…

 W Gdyni, w Warszawie zapadła długa i głęboka cisza…

Przestraszyliśmy się bardzo, że faktycznie bosman jest tak obrażony (na każdej jednostce pływającej czy żeglującej to właśnie bosman jest najważniejszy), że więcej nas nie wpuści na pokład…

Co stało się dalej… zarząd firmy musiał kupić dwie flaszki wódki i wyruszyć w szybką podróż z Warszawy do Gdyni.

Zarząd usiadł z bosmanem gdzieś na pokładzie „Daru Pomorza”, aby sobie trochę pomilczeć. Posłuchać szumu skrzydeł mew i ich wściekłego skrzeczenia, gdy bezpośrednio – skrzydło w skrzydło – walczą o małą rybkę. Poczuć wiatr grający w wantach, bukszprycie i masztach. Pokiwać głowami nad tą dzisiejszą młodzieżą, która za grosz nie ma szacunku dla siwej głowy bosmana; jest tak głupia, że nawet nie wie, jak ważnym żaglowcem jest „Dar Pomorza”; a ludzie pracujący na nim to nie byle ciecie i pętaki, na których wolno drzeć młodocianą mordę.

Sprawa została załatwiona. „Dar Pomorza” lśnił i mienił się w czasie wprowadzenia produktu naszego klienta na teren Pomorza. Bank był szczęśliwy, że znowu się udało, że jesteśmy skazani na sukces…

Comments

comments

254
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...