Control a, control c, control v – Szefie ! … a może to o Twojej współpracownicy?

Jerzy Ciszewski - 17.10.2016
261

Książka skarg i wniosków, cz. 2

W publikacji poprzedniego, kombatanckiego kawałka pt. Szefie! O Twoich współpracownikach kilka słów prawdy, starałem się opisać rodzaje moich współpracowników, z którymi dłużej bądź krócej przebywałem pod wspólnym, agencyjnym dachem. Oczywiście success story są zawsze i wszędzie potrzebne. Jednak takie prawdziwe historie, jak ta poniżej, również mogą być interesujące; w szczególności dla osób, które zarządzają agencjami tak, jak ja kiedyś. Ta jest do bólu prawdziwa –  mieliśmy kiedyś taki przypadek… 

To było w chyba w okolicy 2010, ale pewnie lepiej pamiętałby to Sebastian Hejnowski… Mieliśmy klienta w postaci ogromnej korporacji międzynarodowej, który powierzył nam opiekę public relations nad jednym ze swoich produktów. Generalnie rzecz ujmując wszystko działało jak trzeba: wysyłki do dziennikarzy, obdzwonki, jakieś spotkania, konferencje – normalka.

Pewnego dnia, zadzwoniła do nas przedstawicielka klienta i zadała pytanie: Dlaczego przy przygotowywaniu informacji prasowej o produkcie w opisie użyliście atrybutów świata marki produktu firmy konkurencyjnej? W słuchawce, po naszej stronie zapadła  cisza. Odpowiedzieliśmy:  eeeeee…… oooooooo… , uuuuuuu …

Pani, która od strony naszej agencji była odpowiedzialna za tego klienta wszystkiemu stanowczo zaprzeczała. Mówiąc, że klient głupi, namolny, nie zna się, czepia się jej; przecież ona tak ciężko pracuje i się poświęca, a tu takie niesprawiedliwe oskarżenie… i temu podobne farmazony.

Zaczęliśmy sprawdzać tę sprawę. Od razu okazało się, że faktycznie – klient miał rację. Prawdą było to, że „na chama” władowaliśmy się w świat marki innego konkurencyjnego produktu. 

Powiedzmy, że ten nasz to: ciepła rodzina zasiadająca przy stole, wspólnie spożywająca posiłek, ciesząca się sama sobą, chwilą i wszystkim, co ją otacza. Powiedzmy, że świat marki produktu konkurencyjnego to: młodzi ludzie tańczący na dyskotece. Kolorowe światła wirują wokół nich. Oni są piękni, szczupli, radośni, znakomicie ubrani. Czerpią z młodości tej chwili ile się da. Każdą komórką swojego ciała są szczęśliwi. 

Co więcej! Gdy owa Pani pisała wzmiankowaną informację prasową o produkcie naszego klienta, znalazła w internecie informację prasową pochodzącą od firmy konkurencyjnej. Bez żadnego obciachu zrobiła co następuje: control a, control c oraz control v i wysłała do klienta z prośbą o akceptację. Nawet przecinków nie pozmieniała. 

Musicie przyznać, że była to bardzo słaba sytuacja. Z tym klientem pracowaliśmy już dość długo; dodatkowo, mieliśmy perspektywy na obsługę kolejnych produktów z ich wielkiego portfolio. Generalnie przyszłość w aspekcie pracy na rzecz tego globalnego koncernu rysowała się – jak mawiają klasycy – brylantowo.

Na szczęście klientka była czujna, zadzwoniła do nas… Kolejne wydarzenia były do przewidzenia. Oczywiście przepraszałem, wiadrami sypałem sobie popiół na łeb, deklarowałem poprawę, zaangażowanie, wdrożenie dodatkowych procedur. Nie było o czym gadać, klient w trybie pilnym, rozwiązał z nami umowę. Tym samym, firma straciła przychód na poziomie kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie.  Z tą Panią błyskawicznie się pożegnaliśmy.

Z pewnością jesteście ciekawi kim była i dlaczego tak zrobiła?

Otóż miała wieloletnie doświadczenie korporacyjne. Wcześniej, po stronie klienta, pracowała w dziale komunikacji ogromnej, międzynarodowej  firmy.  Sprawiała dobre wrażenie. Jak to mówią była inteligentna i oczytana. Z naszej perspektywy pracodawcy wydawało się więc, że wszystko składało się w jedną, spójną całość. Jakie motywy nią kierowały? Trudno powiedzieć… Chyba po prostu najzwyklejsze lenistwo wynikające z podłego fajansiarstwa życiowego, w którym ta osoba żyła.

Myślę, że gdyby ta informacja prasowa nie została zastopowana w ostatnim momencie, konsekwencje prawne oraz finansowe wobec mojej firmy mogłyby być tragiczne.

Mając wielkie doświadczenie mieliśmy oczywiście wdrożony system kilkuetapowego sprawdzania dokumentów, które od nas wychodzą na okoliczność normalnego redagowania, sprawdzania dat, miejsc, nazw poszczególnych wydarzeń (możliwość powstania czeskiego błędu jest wręcz nieograniczona). Nie przyszło nam jednak na myśl, by można było w 100% zerżnąć od kogoś tekst informacji prasowej i bezczelnie udawać, że samemu się go napisało. Od tamtego momentu zaczęliśmy sprawdzać teksty powstające w firmie za pomocą internetu…

Dziś nie pamiętam jak ta laska wyglądała, jak się nazywała. Wspominam tę sytuację jako statystyczną nieuchronność fakapu, jaki musi mieć miejsce w każdej agencji świadczącej usługi public relations.

Comments

comments

261
Komentarze
  • Bartosz Chmielewski

    Miałem kiedyś troszkę podobną sytuację podczas rekrutacji na stanowisko redaktora. Jeden z kandydatów zrobił na nas bardzo dobre „pierwsze wrażenie”. Podczas rozmowy wykazał się „jakąś” wiedzą, a napisany przez niego tekst próbny czytało się aż zbyt dobrze. Tuż przed podjęciem ostatecznej decyzji, coś mnie tknęło i postanowiłem wrzucić losowe zdanie „w Google „. Później musiałem kolejne, i kolejne. Okazało się, że tekst był poskładany z trzech innych, które ów kandydat znalazł u naszej konkurencji.

Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...