A w Szczecinie 87 stopni Celsjusza

Jerzy Ciszewski - 04.01.2022
195

A w Szczecinie 87 stopni Celsjusza

Dziennikarskie byki wydarzają się od momentu kiedy zaczęto wydawać gazety, radia i telewizje zaczęły nadawać. Jest to stały element gry w tym zawodzie. Wynikają one z tempa w jakim należy podawać informację, czasami ze zmęczenia lub nieuwagi redaktorów prowadzących. Stąd pewnie, wczoraj rano (3 stycznia 2022) w TVN24, podano, że w Szczecinie temperatura będzie wynosiła 78 stopni Celsjusza.

Gdy przed wielu laty, pracowałem jako dziennikarz sportowy w dzienniku „Rzeczpospolita”, a później w „Gazecie Wyborczej” sam popełniłem kilka tego typu błędów, a mniejszych jeszcze więcej.  Byłem też świadkiem, jak robili je moi koledzy z redakcji „GW” oraz innych. Były to lata gdy Wyborcza rosła jak na drożdżach, była gruba jak książka telefoniczna i codziennie było coraz więcej kolumn do „zagospodarowania”.

Jak każdego dnia (oprócz soboty) w niedzielę, redagowaliśmy nasze sportowe szpalty. Wiadomo – w weekend w sporcie dzieje się bardzo dużo; cały czas spływały kolejne relacje i wyniki. GW wtedy miała trzy wydania. Ostatnie, najważniejsze było kierowane na Warszawę. Tego dnia odbyły się legendarne regaty wioślarskie Cambridge – Oxford. Pierwszy raz odbyły się w 1829 roku.

Ta informacja, mniej więcej karteczka tekstu (jeśli dobrze pamiętam) wylądowała już w pierwszym wydaniu. Na drugie wydanie została wydatnie skrócona. W trzecim wydaniu udało się ją utrzymać – przy czym wraz z tytułem liczyła dokładnie pięć zdań. Tytuł oznajmiał, że wygrała obsada Cambridge. W pierwszym zdaniu, że Oxford, w trzecim, że Cambridge, a w czwartym oznajmiliśmy, że triumfatorem był Oxford. No i taki babol następnego dnia ukazał się na łamach „GW”, a ja byłem twórcą tego czegoś.

Drukowaliśmy również wyniki totolotka. Za tę czynność wtedy – jeśli dobrze pamiętam – wtedy totka wkładał „Docent”, co w sumie nie było ważne, bo każdy z nas równie dobrze mógł się walnąć …

Następnego dnia zadzwonił do nas do redakcji jakiś Pan, który stwierdził, że na bazie tego, co podano w Gazecie, miał zostać milionerem. W związku z tym poszedł, kupił duży telewizor, siatkę wódki ogórcy na zakąskę i zaprosił kolegów i sąsiadów do siebie, aby świętować to niespodziewane „milionerstwo”.

Innym razem do działu krajowego o godzinie 21.59 dotarła informacja, że jeden z najbogatszych Polaków został zastrzelony pod swoim domem. Chłopaki z krajowego, którzy byli o tej porze na dyżurze chcieli to u kogokolwiek potwierdzić, zaczęli dzwonić po Polsce. Gazeta musiała być oddana do druku o godzinie 22.00. każda kolejna godzina spóźnienia to były straty finansowe, które co minuta, powiększały się wymiarze geometrycznym. Więc „ryzyk fizyk” albo GW daje info, że tego gościa już nie ma wśród żywych i ma najważniejszą informację dnia albo nie podaje i nie ma tej dziennikarskiej dumy i ogólnego puszenia się.

Wydrukowali, że Pan XY został zastrzelony.

Rano dzwoni do redakcji ten Pan XY, co go niby zastrzelono i mówi – circa tak – „Bardzo Wam dziękuję za zainteresowanie moją osobą i moimi biznesami, ale dlaczego na miłość boską, uznaliście, że musicie mnie uśmiercić ?”

Praca w dziennikarstwie w erze przed komputerowej. Była jeszcze ciekawsza. Gazety drukowało się za pomocą ołowiu – czyli odlewaniu tekstów w postaci – można by je nazwać – małych stempelków, które wkładało się w metalowe ramy, wielkości danej gazety i odciskaniem ich na kolejnych szpaltach. Taka duża kartka nazywała się szczotką. Po jednej stronie blatu stał redaktor techniczny, który długopisem nanosił poprawki (zawsze było dużo różnych błędów – tak była istota tej pracy) po drugiej stronie stał zecer, który nanosił stosowne poprawki. Wtedy robiłem jeszcze w rzepie i byłem takim technicznym od szpalt sportowych.

W każdym razie – następnego dnia, a były to jeszcze czasu głębokiej komuny, do Polski miał przybyć król Hasan (wybaczcie nie pamiętam gdzie on rządził) i było to główne info na pierwszą stronę. Redaktor sprawdzał pierwszą szczotkę i uznał, że ta wizyta jest tak ważna, że tytuł musi być większą czcionką, aby nadać jeszcze większą ważność tego wydarzenia. Zakreślił te tytuł ołówkiem i napisał – „grubszym”.

Następnego dnia, na pierwszej stronie było – „Król Hasan Grubszy przybywa z wizytą do Polski”. Od samego rana wydzwaniali z awanturami z Komitetu Centralnego; po redakcji, na korytarzach latały głównie słowa na = „K”, „CH” oraz „P”.

Również dawno temu w „Rzepie”. Był piątek. Na sobotę, zawsze dawaliśmy felieton kolegi. Ten przyszedł bardzo późno i co tu dużo gadać – był nieźle pijany, a były to czasy maszyn do pisania. Napisał pierwszą kartkę – coś mu się nie spodobało, wyrwał ją i rzucił na blat biurka, potem z drugą zrobił to samo. Wszyscy byliśmy na niego wściekli – opóźnialiśmy gazetę. Skończył. Wziąłem te kartki poleciałem, by je nadać do drukarni. Kolega felietonista, z jakiegoś sobie znanego powodu, w międzyczasie, zaczął walczyć z taśmą nasączoną tuszem. Ponieważ był w garniturze i w białej koszuli od razu upieprzył swoje mankiety na czarno. To tak za karę, wtedy pomyślałem

Następnego dnia dzwoni do mnie kierownik działu i mówi, że wydrukowaliśmy w gazecie, dwa razy pierwszą kartkę tego jego felietonu i że to moja wina. Ja odpowiedziałem, że może i moja, ale niech pilnuje swojego pupilka, aby przychodził na czas i po drugie chlał wódę po napisaniu tekstu, a nie przed.

Wielu z pomyłek, jakie ja, moje koleżanki i koledzy nie pamiętam już. Jednak pomyłki w mediach były, są i będą. Mniej lub bardziej irytujące, śmieszne, głupie, niepotrzebne. Akurat te 87 stopni Celsjusza w Szczecinie i brak miasta Gdyni to pikuś. Do takiej wpadki można się uśmiechnąć i nic ponad to 🙂

Comments

comments

195
Komentarze
Sonda

Trzy organizacje branżowe: Związku Firm Public Relations, Polskiego Stowarzyszenia Public Relations, Stowarzyszenia Agencji Public Relations jest dla rynku PR rozwiązaniem optymalnym ??

Loading ... Loading ...