„Nie mogę, nie dam rady, zarobiony jestem…” – a może po prostu nie chcesz? O syndromie dwóch tygodni

Jerzy Ciszewski - 28.02.2017
249

Jerzy Ciszewski o syndromie dwóch tygodni

Gdzieś na LinkedIn obejrzałem film z konferencji TEDx zorganizowanej w Nowym Yorku, gdzie bardzo zdolny chłopak zaprezentował wystąpienie, z którego nic dla nikogo kompletnie nie wynikało – co najlepsze, on cały czas mówił, nawet jego okulary okazały się być ściemą.

W tym kontekście przypomniała mi się moja była agencja public relations, którą prowadziłem przez wiele lat i przez którą przewinęły się – przynajmniej – setki ludzi, a może i więcej, kto to wie. W każdym razie była to organizacja generalnie odnosząca  duży sukces, ale miała też swoje niewidzialne dla zewnętrznych interesariuszy, choroby wewnętrzne.
Każda agencja marektingowa, również public relations, musi bezustannie generować nowe, unikalne koncepty komunikacyjne, które w prawdziwy i bezdyskusyjny sposób porwą grupę, do której ten komunikat został skierowany. To oczywiście wygeneruje wycinki i kliki, zaangażuje. Spowoduje ogólny fejm i na koniec da jeszcze kilka nagród branżowych.
Oczywiście taki marketingowy Święty Graal zdarza się bardzo rzadko albo przynajmniej rzadko. Moja firma również podlegała takiemu ciśnieniu. Gdy wszystkie brain stormingi nie dały żadnych oczekiwanych efektów, kartka z konceptem strategicznym nadal była pusta… wtedy jak królik z kapelusza był wyciągany pomysł, kosmiczny, nie do zrealizowania, a może nawet i szkodliwy marketingowo. Brzmiał on – zaprosić do Warszawy znanego artystę i performera Christo (właściwie – Christo Władimirow Jawaszew) aby ten opakował Pałac Kultury w złotą folię spożywczą. Generalnie ten artysta specjalizował się w tzw. „sztuce krajobrazu” – cokolwiek by to nie znaczyło. Klienci na taki koncept reagowali najczęściej: sceptycznie, ironicznie lub patrzyli na nas spod oka jak na ludzi niepoważnych lub naciągaczy.
Inna jednostka chorobowa, którą zauważyłem u niektórych moich współpracowników, to syndrom dwóch tygodni. Czyli sytuacja nr. 1 – mówię „Wiesz co, miałem ciekawy kontakt z potencjalnym klientem, może byś do niego zadzwoniła i umówiła się na spotkanie, a może prezentację …?” Zawsze z tych ust padała odpowiedź, „ ….Tak prezesie, ale jestem tak zarobiona, mam tyle na głowie, że najwcześniej jestem w stanie do tego Pana zadzwonić za dwa tygodnie. Wcześniej nie dam rady, tyle roboty… Prezesie. Nie wiadomo w co ręce włożyć”. Przy innej okazji prosiłem ją „…Przyślesz mi rozliczenie z klientem X? Chciałbym zerknąć, proszę?” Odpowiedź – „… Prezesie, najwcześniej za dwa tygodnie, taka zarobiona jestem … No, nie wiem w co ręce włożyć …”.  Oczywiście nic nie przysyłała, bo excela nie miała zrobionego.
Widzę jakąś analogię pomiędzy tym młodym człowiekiem z TEDx, a moimi niektórymi ekswspółpracownikami. Ten Amerykanin dokonał dowcipnego opisu pewnego stylu działania, który oparty jest wyłącznie na naskórkowym wrażeniu. No ale to nie jest teatr, kabaret czy śpiewogra. To nasza rzeczywistość. Coraz częściej jesteśmy otoczeni ludźmi sztucznymi, może i ze skończonymi jakimiś studiami, ale w istocie niewykształconymi. Zajętymi wyłącznie produkowaniem dobrego wrażenia o sobie. Ludźmi, którzy albo nie wiedzą, albo zapomnieli, albo mają centralnie w dupie fakt, że człowiek musi nad sobą pracować, mieć pokorę i po prostu pracować na rzecz jakiejś idei lub grupy.
Co najgorsze w tym wszystkim, aktualny świat generalnie akceptuje tego typu zachowania i styl działania. Okazuje się, że brak pracy nad wyższymi wartościami jest normalnością w tym świecie. W szczególności w public relations, komunikacji i marketingu tacy „ślizgacze” zawsze znajdą swoją norę i będą z niej pohukiwać – „Hello! Zobacz jaki jestem zaangażowany, jak ciężko pracuję, jak się staram i na koniec jaki mądry jestem”. 
Podoba się czy nie – ze szkodą dla wszystkich (również dla nich) – tacy ludzie to część rynku usług marketingowych.
Zobacz:

Comments

comments

249
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...