Oczy błękitne jak niebo – spotkanie z kapitanem Witoldem Aleksandrem Herbstem

Redakcja PR - 07.06.2016
261

Kapitan Witold Aleksander Herbst - pilot myśliwski w dywizjonie 303 i 308

Kiedy przypadkiem dowiedziałem się, że Pan Kapitan Witold Aleksander Herbst mieszka w Seattle i właśnie obchodził swoje 95 urodziny, chciałem bardzo spotkać się z nim i poznać jego historię. Polskie dywizjony lotnicze, które działały w ramach RAF w II wojnie światowej były chyba jedynym omawianym i pozytywnie pokazywanym fragmentem historii polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Tak było w podstawówce i w liceum. Wspominało się jeszcze o Monte Cassino i to właściwie wszystko … no i obowiązkowa lektura Arkadego Fidlera.

Dzięki uprzejmości Pani Konsul RP w Seattle, Teresy Davis oraz Państwa Poraj-Kuczewskich, w sobotni wieczór, miałem wielki przywilej i honor spotkać osobiście Pana Kapitana. Pomimo bardzo sędziwego wieku (96), uścisk smukłej dłoni jest silny i długi. Od razu głębokie spojrzenie w oczy – oczy niosące tyle wydarzeń, historii, wrażeń, ale też spokoju i zgody. Do marynarki przyszyta naszywka pilota RAF. Wymiana powitań, podarunków od Lotników Marynarki Wojennej RP wskazując na zdjęcie helikoptera ZOP1 w akcji Pan kapitan z uśmiechem pyta: „To pudło lata?”, wszyscy śmiejemy się z żartu. Chwilę później zaczynam rozumieć kontekst.

Siadamy. „Najpierw mówię ja, potem pan może pytać” – zaczyna Pan Kapitan.

Opowiada o pradawnych początkach plemion na ziemiach polskich: Goplan, Wiślan, Lędzian, ale też osiadłych na ziemi chełmińskiej Skandynawach. Wspomina o korzeniach swojej rodziny. „Mój ojciec pochodził ze spolszczonej niemieckiej rodziny ziemiańskiej. Stąd moje nazwisko, niemieckie, jak pana” (tu spadł mi kamień z serca, bo trochę nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć, gdybym został zapytany). „A ożenił się z – he, he, he – córką karczmarza! Pan wie, co to znaczyło, ha, ha! Jego matka nie przyszła na ślub. Jak ja się bałem babki, to była bardzo twarda kobieta” i z uśmiechem patrzy na mnie, a w jego głębokich oczach widzę obrazy przeszłości, emocje babki broniącej tradycji i emocje syna z uporem stawiającego na swoim. „Trzeba rozumieć swoje początki, skąd jesteśmy. Poza tym, interesują się historią pisma – jak ludzkość wpadła na to, aby zapisywać słowa. Ale to na inne spotkanie.

A teraz, może pan pytać”. I tu popełniłem pierwsze faux-pas.

„Dlaczego został Pan żołnierzem? Dlaczego poszedł Pan do Dęblina?” Pan Kapitan łapie mnie za rękę i patrząc głęboko w oczy, mówi „Pilotem myśliwca!” i ze śmiechem zwracając się do gospodarza mówi „Słyszałeś? Nazwał mnie żołnierzem!”. Teraz zrozumiałem żart o helikopterze – piloci myśliwców to elita.

Pan Kapitan dostał się do Szkoły Orląt jako jeden z 200 przyjętych w roczniku 1938/1939 – spośród około 7 000 kandydatów. Dalej opowiada o tym, jak przez Rumunię, Węgry i plac Pigalle w Paryżu dotarł do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Wspomnienia pokazują przeróżne życiowe sytuacje, nie są złotymi wydarzeniami otoczonymi peleryną chwały. „Przestraszony i wygłodniały, gdy dotarłem do Paryża, nie wiedziałem, co mam robić. Trafiłem przypadkiem na plac Pigalle. Schronienia na kilka dni użyczyła mi prostytutka”. Pan Kapitan opowiada o różnych wydarzeniach. „A to, co opisał Fiedler?”, pytam. „Ha, ha, ha. My się z tego śmialiśmy. To literat. Nakoloryzował…” Pan Kapitan był trzykrotnie zestrzelony. Najbardziej bał się niemieckiego ostrzału przeciwlotniczego. „Oni byli bardzo dobrzy, bardzo celnie strzelali. A my się baliśmy. Strasznie się bałem”. Raz został zestrzelony nad Kanałem, uratował się skacząc do wody.

„I jak Pan wrócił do Anglii?” – „po Kanale pływały łodzie ratunkowe, brytyjskie i niemieckie. Ich załogi nawoływały się i mówiły – macie jakiegoś naszego? Bo my mamy waszego, chętnie się wymienimy”. Z tym nie było problemu. Innym razem został zestrzelony we Francji. W mundurze pilota Niemcy łatwo mogli go złapać. Przedarł się więc do Paryża i znów ukrył wśród prostytutek. Tam Niemcy nie szukali. Pan Kapitan uśmiecha się wesoło, a w jego przymrużonych oczach widzę te wszystkie wygłupy i żarty młodych ludzi.

„Wie pan, kiedyś w czasie defilady zwycięstwa w Londynie, wśród wiwatującego tłumu stał pewien młody mężczyzna w mundurze. I płakał. Jakiś dziennikarz stojący obok zapytał, dlaczego. To byłem ja”  Znowu w jego głębokich niebieskich oczach, widzę suche już łzy z tamtego czerwcowego dnia 1946 roku.

„A najtrudniejsza misja?”„Byłem na urlopie w Irlandii Północnej. Była zła pogoda, chmury wisiały bardzo nisko, około 500 stóp nad ziemią, a lotnisko było położone w kotlinie między wzgórzami. Nadleciał amerykański Liberator i w pewnym momencie zgubił radio.

Wystartowałem, wziąłem swojego skrzydłowego. Po godzinie odnalazłem Liberatora nad chmurami, podleciałem i pokazałem mu, aby trzymał się mojego ogona. Zredukowałem prędkość i sprowadziłem go bezpiecznie na lotnisko. W podziękowaniu dostałem od nich m.in. dwie paczki nylonów. Jedną z nich zawiozłem wdowie po moim przyjacielu, pilocie. Mieszkała niedaleko, tylko 30 mil od naszej bazy, więc wstąpiłem do niej. Bardzo się ucieszyła. A to był mój bardzo dobry przyjaciel…” a jego błękitne oczy zasnuły się angielską mgłą, po policzku popłynęła samotna, smutna łza.

Często jeździliście do miasta?” – „Tak, było bardzo blisko, 20 minut jazdy kolejką. Wszystkie dziewczyny chciały się z nami spotkać. Każda chciała sprawdzić, czy to prawda, że Myśliwcy mają rozpięty górny guzik od munduru.A tak było? Dlaczego? – Bo my byliśmy Myśliwcami! Elitą!” i szczerze śmieje się, a w jego błękitnych oczach błyska promień dumy, może nawet trochę buty.

Mieliśmy u siebie jednego Don Juana. Zadzwoniła raz telefonistka służbowo, a on już się z nią umawia. Złościło nas, jakie miał powodzenie. Umówił się z nią na stacji kolejowej w mieście, a jego znakiem rozpoznawczym miał być kwiat w klapie płaszcza. Pojechał. I my też. Ale był wściekły, gdy zobaczył, że na stacji w takim samym mundurze i z takim samym kwiatem w klapie jest nas aż ośmiu! Z jego randki nic nie wyszło, a my mieliśmy świetny ubaw!” w jego błękitnych oczach skrzą się iskierki żartów i wygłupów. Zapadła między nami cisza, przy stole gwar rozmowy, a my jesteśmy w Anglii, ponad 70 lat temu, paczka młodych chłopaków przeżywa różne przygody, robi sobie nawzajem różne psikusy. Błękitne oczy Pana Kapitana poczerwieniały i znów po policzku popłynęło kilka łez… Na deser mamy tort z napisem ‘Opera’. „Bardzo lubię operę i balet. Często jeździłem na przepustki do teatru, jeśli tylko mogłem. A baletnice – jakie one miały piękne nogi! Zresztą, wie pan, zawsze miałem dobre oko do podwozia. Niech pan spojrzy na moją żonę!” Kończymy spotkanie. Te kilka godzin, późna pora, wspomnienia, są trochę wyczerpujące dla Pana Kapitana. Więcej dowiem się z jego książki „Podniebna kawaleria”. Z Panem Krzysztofem, gospodarzem spotkania, wymieniamy szybko kilka pomysłów, jak wypromować film dokumentalny, który już jest.

 

Koniecznie muszę się w to zaangażować i pomóc, jak tylko mogę. Zamieniamy też kilka słów na ten temat z Panią Konsul.
Jeszcze chwilę siedzimy przy stole. Nadal trwa ożywiona rozmowa gości, a my z Panem Kapitanem patrzymy sobie głęboko w oczy, nie mówiąc nic.

Po wojnie Pan Kapitan skończył London School of Economics, miał ciekawą pracę, rodzinę, wiele podróżował. Ale jego młodość ukształtowały doświadczenia wojenne, jego przyjaciele i znajomi zginęli bezpośrednio na wojnie albo tuż po niej. Jego życie to piękny przykład połączenia oddania sprawie ze zwykłym codziennym życiem – bez zbędnej martyrologii, ale z iskierkami śmiechu i łzami smutku w pięknych błękitnych oczach. Błękitnych jak niebo Myśliwców.

Spotkanie z Panem kapitanem Witoldem Aleksandrem Herbstem, pilotem myśliwców w Dywizjonie 303 i 308 miało miejsce 22 listopada 2014 w Seattle, WA

*Witold Aleksander Herbst urodził się w 1919 r. w Warszawie. Twierdzi, że już jako 10-letni chłopiec postanowił, że zostanie lotnikiem. „Z 7000 kandydatów tylko 200 zostało przyjętych. Nic dziwnego, że byłem z siebie dumny” – mówi o egzaminach do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, w której studia rozpoczął w 1938 r. Po wybuchu wojny trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie latał w dywizjonach 308 i 303. W czasie służby kapitan Herbst odbył 141 misji latając na myśliwcu Spitfire w patrolach i osłaniając angielskie i amerykańskie rajdy bombowe na Niemcy.  Brał też udział w lądowaniu aliantów w Normandii w 1944 roku. Został trzykrotnie zestrzelony, ale ani razu nie dał się złapać wrogowi. Za odwagę i osiągnięcia kapitan Herbst został trzy-krotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i licznymi odznaczeniami brytyjskimi.  Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych.  Jest autorem znakomitej książki „Pod angielskim niebem” która została wydana w Polsce w 1997 roku.
Kapitan Herbst jest długoletnim członkiem Towarzystwa Domu Polskiego i wraz z żoną Doreen mieszka w Edmonds (przedmieście Seattle) w stanie Washington.

herbst-1-tak-tak-to-byly-moje-dewizjony-303-i-308-Witold-Herbst_540_405_80_c1_center_center
Alex Herbst na planie filmowym we Flying Heritage Collection
Foto: Krzysztof Poraj – Kuczewski

HerbstLrg
Kapitan Herbst w swoim myśliwcu „Spitfire” przed kolejną akcją eskortową bombowców alianckich na Niemcy.

Autor tekstu – Mirosław Proppe, w kilku słowach opowiada o sobie oraz o artykule:

„Zawodowo zajmuję się doradztwem przy różnych trudnych przedsięwzięciach. Pasjonuje mnie motywowanie ludzi do działania, dlaczego tak, a nie inaczej postępują w różnych sytuacjach, w których stawia ich życie. Osobiście wierzę w to, że historia się powtarza, dlatego tym bardziej warto słuchać innych ub czytać ich biografie.
Od 2013 do 2015 roku uczęszczałem na studia podyplomowe z zarządzania w administracji publicznej na Uniwersytecie Stanu Washington w USA. Dzięki kilkunastu odwiedzinom Seattle podczas sesji zajęciowych, miałem okazję poznać kilkanaście osób z tamtejszej Polonii – m.in. profesora Bochniarza z mojego wydziału czy Panią Konsul honorową RP w Seattle – Teresą Indelak-Davis. Dzięki nim i gościnności Pana Krzysztofa Kuczewskiego i jego żony, miałem wielkie szczęście spotkać się z jednym z pilotów myśliwskiego Dywizjonu 303 – kapitanem Witoldem (Alex) Herbstem.”

Comments

comments

261
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...