„Oby do wiosny” – kolejny wstępniak do newslettera Artura Kurasińskiego

Informacja Prasowa - 27.02.2020
282

"Oby do wiosny" - kolejny wstępniak do newslettera Artura Kurasińskiego

17 lutego tak jak wielu Polaków wracałem do Polski z ferii we Włoszech. Jechaliśmy samochodem przez przełęcz Brenner gdzie kilka dni później Austriacy zatrzymali pociąg za pasażerami podejrzanymi o zarażenie SARS-CoV-2. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że we Włoszech jest największe skupisko koronawirusa w Europie. W okresie ferii przebywało tam około 100 tysięcu Polaków.

Minęło kilka dni (a dwa miesiące od momentu wybuchu epidemii w Chinach) i polski rząd stworzył kampanię informacyjną, urzędnicy zapewniają o gotowości swoich organizacji przed wirusem.

Nagle okazało się, że jednak epidemia nie przejdzie bokiem a kraj jest realnie narażony na niebezpieczeństwo. Trzeba w końcu zacząć działać.

Poczytałem jak na te rewelacje reagują lekarze i osoby pracujące w szpitalach i opadły mi ręce. Dwie narracje, dwie rzeczywistości. Krańcowo różne wizje i nastawienia. Realizm kontra zaklinanie rzeczywistości.

Kilka dni po powrocie pierwszej fali turystów z rejonów zagrożonych na największych polskich lotniskach pasażerowie podobno mają mieć badaną temperaturę oraz skorzystać ze stoiska z ulotkami. Acha – no i dostaniesz SMSa jak będziesz za granicą.

Ale ci, którzy mają podejrzenia i chcą się przebadać muszą zapłacić 500 zł. Chociaż opłata też nic nie pomoże bo testów właściwie nie ma a minister wydał zakaz ich komercyjnego przeprowadzania.

No ale politycy i tak będą leczeni w najlepszych placówkach więc mogą mówić publicznie co im ślina na język przyniesie. Nie poniosą żadnych konsekwencji.

Konferencje się odbyły, przekaz dnia zapodano, pieniądze na służbę zdrowia na papierze (i w TVP) zostały przekazane. Nie mam pana płaszcza i co nam pan zrobi?

I tak przypomniała mi się moja krótka wizyta w szpitalu w USA 7 lat temu w czasie wakacji. Byliśmy akurat w miejscowości Ann Arbor w stanie Michigan. Róża (ówcześnie lat 3) trochę kasłała i miała wysypkę a ponieważ miała przed wyjazdem, w Polsce kontakt z osobą chorą na ospę wietrzną przed to zdecydowaliśmy się na wizytę u lekarza.

Dzwonię więc do prywatnych przychodni jakie znajduje w Google’u. Niestety “jem teraz lunch, zostaw wiadomość beep”. Słabo.

No więc decyzja – jedziemy do szpitala na ostry dyżur. Nie mamy pojęcia ile to będzie kosztować ale zdrowie dziecka jest najważniejsze. W końcu mamy ubezpieczenie. Szukamy najbliższego szpitala na mapie, znajdujemy, zajeżdżamy na parking… a tam, co tam? Hotel? Wystrój zupełnie nie szpitalny.

W rogu hali (wielkiej i super urządzonej jak dworzec lotniczy) postać Spidermana (w końcu to szpital dla dzieci…). O kurde – przypadkiem trafiliśmy do szpitala dziecięcego!

Trudno. Porzucamy dumę i zachowujemy się jak turyści. Pytamy się co i jak – pierwsza osoba z personelu spotkana przypadkiem kieruje nas na ostry dyżur na który wchodzi się przez..kantynę. Widok jak z Doktora House’a. Mogę się założyć, że serial kręcono właśnie w takim szpitalu a nie na planie zdjęciowym.

Dużo szkła i drewna, wszystko jest nowe, śliczne, przemyślane, ergonomiczne i funkcjonalne. Widać, że pacjentami są dzieci. Kantyna wyposażona jest jak restauracja. Jedzą wszyscy – lekarze i odwiedzający. Mijamy sklep z zabawkami i giftami – nasz Smyk może się schować przy takim asortymencie. Mnóstwo kartek “get well”, prezentów na każdą okazję, gier, książek…

Docieram do właściwego kontuaru – siedzi przy nim 5 osób (każda ma inna specjalność). Wygląda to jak scena z filmu SF. Każda osoba wygląda inaczej, ma oczywiście plakietki z imieniem i nazwiskiem. Wyglądają jak kosmiczna rada mędrców czekająca na zagubionych podróżników. Budzą zaufanie.

Padają pytania z prośbą o opowiedzenie co się dzieje. Na mój komentarz, że podejrzewamy, że córka ma “smallpox” patrzą dziwnie ale nie komentują. Proszą o dokumenty. Nikt na razie nie zapytał o ubezpieczenie. Pomimo małych problemów (żona używa dwóch imion i dwóch nazwisk i nie można wprowadzić do formularza tak dużej ilości znaków) rejestracja nie trwa dłużej niż 3 min…

Jeden z mężczyzn kładzie nasze paszporty przed sobą na blacie, prosi żeby podejść. W środku jest coś, co robi skan naszych paszportów, po czym się odwraca, sięga po coś i wyciąga mini kamerkę – robi nią nam zdjęcia.

Dostajemy wydrukowane na miejscu przepustki w postaci opasek na przeguby (każda osoba ze swoim zdjęciem), córka ma założoną opaskę z całą masą dodatkowych informacji (kody kreskowe, QR kody itd).

Teraz możemy wejść na oddział. Nie zdążyliśmy się jeszcze porządnie zdenerwować. Pielęgniarka prowadzi nas do pokoju ze sprzętem jak ze Star Treka. Nie znam 90% tego co tam jest (poza komputerem). Wygląda bardzo nowocześnie i niesamowicie przyjaźnie.

Pielęgniarka robi wywiad. Pyta o podstawy – kiedy zaobserwowaliśmy chorobę, jak zachowywała się córka itd. Jest bardzo miła – pomimo tego, że córka ma 3 lata i nie zna angielskiego cały czas do niej mówi uspokajająco. Bada, ogląda, dopytuje się. Na koniec wpisuje pozyskane informacje do komputera i zanim wyjdzie daje nam pilota – “żeby dziecko czymś się zajęło”. Mojego gderania o “smallpox” nie komentuje.

Pilot odpala ekran z kreskówkami ale także grami (na jednym z ekranów jest info, ze można podłączyć swoją konsole). Po chwili przychodzi druga pielęgniarka – ponownie bada, daje specjalne ubranie do przebrania dla dziecka (nie jakieś ponure szpitalne ceratowe worki tylko miłe w dotyku, kolorowe ubranie). Przed wyjściem z sali zostawia dodatkowe zabawki.

Wszystkie kobiety mówią po angielsku więc Róża nic nie rozumie – pomimo tego potrafią przekonać lekko spanikowane dziecko do współpracy, pokazania pleców, gardła itd.

Po kilku minutach, które zszokowani spędzamy na odkrywaniu coraz to nowych urządzeń w pokoju pojawia się lekarz – przeprasza za spóźnienie, przedstawia się dokładnie mówiąc kim jest, jaką funkcję pełni, ile lat pracuje tutaj i za co odpowiada. Podaje rękę na przywitanie i prosi o opowiedzenie dlaczego zdecydowaliśmy się przyjechać właśnie do tego szpitala.

Słucha uważnie, zabawia Róże i stawia tezę, że to nie “smallpox” (bo pojawienie się tej choroby w USA odnotowano ostatni raz w 1977 roku) o której krzyczę cały czas tylko ospa wietrzna (“chickenpox”) ale na szczęście to nie jest przyczyna. Róża po prostu złapała przeziębienie. Po serii badań proponuje…lody. Dla całej naszej trójki.

Robię teraz naprawdę wielkie oczy ale cóż – skoro dają…Za chwilę więc wszyscy wcinamy lody na amerykańskim ostrym dyżurze. Lekarz uprzedza, że wpadnie jeszcze jedna osoba (jego przełożony) i to ona postawi wiążąca diagnozę. Żegna się i wychodzi.

Wchodzi ostatni lekarz. Ten najważniejszy. Powtarza to, czego dowiedziały się wszystkie osoby przed nim (całość wywiadu ma w dłoni). Potwierdza i uspokaja. Nie, to na pewno nie “smallpox” tylko przeziębienie więc możemy spokojnie jechać gdzie planujemy (oczywiście daje na mnóstwo rad co zobaczyć i gdzie się zatrzymać).

Nie przepisuje żadnych leków, upewnia się czy dobrze zrozumieliśmy diagnozę, upewnia się czy ja rozumiem różnicą między “smallpox” a “chickenpox” (tak, zapamiętam do końca życia) żegna się i wychodzi.

Pojawia się ostatnia osoba – pielęgniarka (czyli w sumie 5 osoba nas obsługująca), która wchodzi z całym jeżdżącym stanowiskiem (laptop + drukarka) i sporządza dokumenty związane z wypisaniem ze szpitala.

Kiedy pojawia się kwestia “adresu pod który ma zostać wysłany rachunek” zerkamy na umowa z ubezpieczycielem.

Nic takiego nie ma – więc dzwonię na infolinię ubezpieczyciela. Miła pani odbiera i radzi mi żebym wziął koszt na siebie a potem wysłał skan rachunku firmie ubezpieczeniowej – pytam się pielęgniarki czy tak jest ok. Potwierdza.

Dostajemy kilka papierków, podpisujemy mnóstwo zgód (szpital jest placówka działająca przy uniwerku wiec pracują tam również osoby uczące się itd) i możemy wyjść ze szpitala.

Finalnie koszt tej wizyty wyniósł niecałe 500$. Na polskie warunki cena absurdalnie wysoka. Tylko, że w Polsce alternatywą byłoby czekanie godzinami na SORze z dzieckiem na rekach bez żadnej pewności, że ktoś je zbada.

Oczywiście opieka zdrowotna w USA jest skomercjalizowana, absurdalnie droga (proste zabiegi chirurgiczne kosztują kilkadziesiąt tysięcy dolarów) i stać na nią tylko część społeczeństwa a niektórzy muszą szukać pomocy na opłacanie kosztów leczenia w modelu crowdfundingowym. Tak, to prawda.

Z drugiej strony mamy model polski – gdzie już teraz Polacy wydają z własnych kieszeni na leczenie komercyjne tyle co cały budżet NFZ. Nie wierzymy opiece publicznej i wolimy płacić ale otrzymywać usługi lepszej jakości.

Czyli mamy darmową służbę zdrowia, która nie działa i pomimo podatków jakie odprowadzamy na nią musimy płacić dodatkowo (i to całkiem dużo).

Absurd.

Wracajśc do koronawirusa i pomocy państwa. Pamiętajcie – myjcie ręce, nie ubierajcie się zbyt ciepło (przegrzanie to najczęstsza przyczyna przeziębienia) i unikajcie miejsc gdzie przebywa dużo ludzi. Tyle możecie zrobić obecnie. Liczysz ma pomoc, licz na siebie.

Oby do wiosny.

Artur Kurasiński

 

Comments

comments

282
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...