Landlust. Tomasz Kaźmierowski o winie

Redakcja PR - 09.03.2017
150

Landlust. Tomasz Kaźmierowski o winie

Tęsknota za wsią i lasem to fundament niejednego niemieckiego, nordyckiego nawet, mitu. Wydawałoby się, że istnieje i w kulturze francuskiej, od de Maupassant i George Sand po  Sylvette Béraud-William, a jeszcze mocniej w brytyjskiej, gdzie można przebierać niemal bez końca, od Emily Bronte, i Dory Saint po Roberta MacFarlane i Kathleen Jamie. Zupełnie ciekawie wygląda w tym obszarze polska literatura (krzywdząc innych można rzec: “od Reymonta po Pilipiuka”). Rosyjską, jako pochodzącą z oddzielnego kulturowo kontynentu, zostawię tu na marginesie.  

Niemiecka tęsknota za życiem na wsi i wyraz dawany jej w literaturze zasadniczo wyróżnia się jednak tym, jak mocno bywa splątana z żalem po stracie rozmaitych “małych ojczyzn”. Można wręcz odnieść wrażenie, że “wiejską literaturę” zdominowaly dzieci i wnuki uciekinierów z Sudetów i Prus Wschodnich. Nie sposób zidentyfikować najważniejszych źródeł tego fenomenu: czy to dlatego, że tęsknotę za wiejskim siedliskiem umnaża fakt jego wymuszonej utraty (i “oddania na zatracenie” w ręcę mniej cywilizowanych Czechów, Polaków. Litwinów i Rosjan), czy może prosta zależność demograficzna, jako że Prusy Wschodnie  – obok Meklemburgii – były proporcjonalnie rzecz biorąc najbardziej wiejską prowincją przedwojennych Niemiec. Miały też zawsze ze względu na swoje kulturowe i geograficzne oddalenie posmak kolonii, przygody, wysuniętego posterunku. Fryderyk II zwany Wielkim mieszkańców Pomorza nazywał wręcz Irokezami.

 

Pisarka Dörte Hansen z Husum, jak sądzę Fryzyjka lub wręcz z duńskimi korzeniami, w swojej powieści “Altes Land” zdaje się krytykować romantyzujące wieś tendencje w niemieckiej literaturze, jednakże sama bez specjalnych zahamowań posługuje się tym samym narzędziem w swojej powieści. Mnie szczególnie ciekawe wydało się jej spojrzenie na sąsiada.

Choć korzeniami historia sięga Prus Wschodnich i sąsiedztwa właśnie z Polakami, to nie znajdziemy tu nawet próby poważniejszego spojrzenia na polskie otoczenie jej bohaterek. Owszem, będzie Polackenkind (niemieckie dziecko – uchodźca z terenów odzyskanych vel zajętych przez Polaków) i inne geo- i etnograficzne odnośniki wskazujące jedynie rozmyte tło dla niemieckiej historii, trochę jak –nie przymierzając –  z obrazów Fritza Pfuhle. Ta dobrze przyjęta w Niemczech książka dowodzi, że Dörte Hansen, która podobnie jak inne pisarki niemieckie tego pokolenia, choćby Tanja Dueckers, nie mówi po polsku, prawie nic o Polsce, Pomorzu, Mazurach, Żmudzi i reszcie “Wschodu” nie wie. Stąd zupełny brak zrozumienia kontekstów środowisk w jakich współżyli przodkowie jej bohaterek na Mazurach, a także w dole Wisły i Pregoły przed wojną… Dlatego narodowosocjalistyczne „Gotenhafen” zamiast „Gdingen” (u Dueckers), dlatego trofea wojenne dziadka „ze Wschodu” (bo któżby się pochylał na tym, czy srebrna zastawa jest z Polski, czy z Litwy). Ci ludzie, młodsi od Grassa i Geissa o 30-40 lat pokazuja jak niewiele trzeba było aby pójść rakiem i znów zamknąć muszlę. 

Oczywiście, wszystko u Hansen oblane jest poprawnym sosem. 

Ciekawe, swoją drogą, że wbrew wszelkim postmodernistycznym proroctwom, obserwujemy znów w Niemczech powrót – w nowej emanacji –  do starego niemieckiego dylematu: neurotyczne, złe miasto vs. oczyszcząjąca wieś. Z tej fali jedyną bodaj pisarką, która coś z Polski rozumie jest zdecydowanie mniej popularna, sympatyczna Szwabka Katarina Bader. Można się chyba martwić i zastanawiać nad tym, że skończyły się niemieckie rozliczenia, to bolesne “obieranie cebuli”, a nastaje czas na swobodny, nowocześnie udramatyzowany ogląd wyłącznie własnej przeszłości, skądkolwiek by nie przyszła.

W niedalekim od małej ojczyzny Hansen Lüneburgu, ul. Rycerska 10 (Ritterstraße), znajduje się Ostpreußisches Landesmuseum, nie jedyne tego typu w Niemczech. Kiedy przygotowywałem się do zwiedzenia go stwierdziłem bez zaskoczenia, że strona Muzeum Wschodniopruskiego jest przygotowana w językach niemieckim i angielskim. Tak wygląda gros niemieckich stron i wystaw dotyczących Prus Wschodnich, Pomorza czy Sudetów; polskiego albo czeskiego ze świeczką szukać. W żadnym razie nie jest to wynik zaniedbania czy ograniczonych funduszy: muzea w Niemczech, także te regionalne, należą do absolutnie najlepszych na świecie. Umieszczone w nowoczesnym, pięciopiętrowym budynku muzeum jest pieczołowicie wypracowanym projektem. Żal go nie odwiedzić będąc w okolicy. Komunikuje skutecznie – doskonale, w sposób wysublimowany posługując się regułą ekonomicznej prawdy – niemieckość Prus (czasem rozróżnianych na Wschodnie i Królewskie, czasem zaś, to zrozumiałe: nie).

Bardzo wartościowe w ekspozycji Muzeum jest zajmujące wcale niedużą powierzchnię malarstwo. Wśród kilkuset obrazów jest i Kollwitz, i Corinth, i Bischoff,  i Eichstaedt, i – wizytujący pruskie Collioure, Mierzeję Kurońską – Pechstein. 

Mnie najbardziej zainteresował bardzo eksponowany, eteryczno-nostalgiczny obraz urodzonego w Berlinie, gdańszczanina z wyboru, Fritza Pfuhle, skądinąd laureata nagrody gauleitera Gdańska AD 1939.

wino

Już od jakiegoś czasu zwracałem uwagę na jego malarstwo, ponieważ zachwycił mnie umiejętnością portretowania koni. Ów eksponowany obraz to namalowany w 1963 roku  Ordensritter an der Weichsel, “Rycerze zakonni nad Wisłą”. Po wchłonięciu szczegółowego wykładu historycznego  Muzeum konsumuje się go ze szczególnymi wrażeniami, trochę jak kawior zanurzony w eintopfie. Byłem w Muzeum, o ile pamiętam w sobotę, więc miałem swój Eintopfsonntag. 

Fritz Pfuhle

Fritz Pfuhle

Zupełnie na marginesie dodam, że jednak zauważyłem punkt stycznylüneburskiego muzeum ze Słowianami. Głęboko go założyciele muzeum ukryli, więc poczułem się wręcz wyróżniony dokonawszy tego odkrycia. Chodzi o to, że okolica Lüneburga to położona na zachód od dolnej Łaby, kwadrans jazdy na południe od Hamburga Pustać Lüneburska (Lüneburger Heide). Jej wschodnia część była najdalej na zachód wysuniętym obszarem zamieszkałym od VII w. przez połabskich Słowian, Drzewian (Drawehn). Izolowani na nieurodzajnym obszarze zachowali na wsiach swój język przez tysiac lat, do początku XVIII wieku. Do ich odkrycia przyczynił się wspaniały Leibniz i kilku miejscowych duchownych, jednak liczne źródła wspominają już wówczas (XVII-XVIII w.) silną niechęć okolicznej niemieckiej ludności do Drzewian. Umieszczenie Wschodniopruskiego Muzeum właśnie w Lüneburgu jest więc swego rodzaju ukrytą nitką prowadzącą do Słowian. To nic, że z niezamierzonym twistem.

Gastronomia w lüneburskim muzeum jest marna,  by nie rzec więcej, a człowiek, choć głodny, myśli i po wyjściu z niego o pruskiej cywilizacji. Mało co symbolizuje ją lepiej niż Königsberger Klopse – cielęce klopsiki; swoją drogą bezpruderyjnie oswojone już dawno przez Mazurów i Pomorzan.

Przygotowanie ich jest bardzo proste, cały sekret w jakości składników, szczególnie zaś świeżej cielęciny (z oszczędności, zazwyczaj też w masowym żywieniu stosuje się wieprzowinę, lecz to bardzo spowszednia smak). Trzeba zacząć od namoczenia bułki w mleku. Potem posiekaną cebulę zeszklić na maśle. Cielęcinę należy bardzo drobno zmielić, a następnie dokładnie wymieszać ją z cebulą, jajkami, bułką, białym  pieprzem i solą.  Wówczas trzeba zagotować bulion, a potem zamoczonymi w zimnej wodzie rękomawyrabiać z masy mięsnej kulki wielkości renklody.  Luźnymi partiami trzeba je gotować we wrzącym bulionie po 6-8 minut. Ten sam bulion następnie zmieszać z masłem i mąką (choc lepiej zagęszczać żółtkami) na patelni dla uzyskania sosu. Po kilku minutach należy dodać śmietanę i odrobinę soku z cytryny oraz dobre kapary. Zazwyczaj klopsiki  podawane są z gotowanymi ziemniakami.

Rzecz jasna, istniały rozmaite odmiany tego dania, z których najbardziej odpowiadają mi te, gdzie do masy mięsnej dodaje się drobno pokrojone kawałki bałtyckiego śledzia i anchois. Namawiałbym do popijania takich klopsików Sylvanerem, kiedyś najbardziej rozpowszechnionym niemieckim szczepem. Zresztą, skoro klopsiki zmieniły tożsamość, to i wino do nich nie musi być niemieckie, bo czeskie Sylvánské Zelené, albo słoweński Zeleni Silvanec, a nawet węgierski Zöldszilváni też się sprawią. Niewykluczone, że właśnie z Czech lub Węgier stary Grüner Silvaner pochodzi.

 W latach 50-ych i 60-ych, gdy kreatury w rodzaju Heinza Reinefartha trząsły polityką w Szlezwiku-Holsztynie i obnosiły się z tęsknotą za Heimatem w stroju i na talerzu, miejscowi żartownisie nazwali niewinne klopsiki Revanchistenklopse. To, jednak, nie powinno zepsuć apetytu.

Comments

comments

150
Komentarze
Sonda

Czy sztuczna inteligencja może zastąpić pracę PR-owca??

Loading ... Loading ...